Time to say goodbye…

Nadszedł czas, aby się pożegnać na dobre… Tak wiem, że jestem bardzo szybka xD. Ostatni raz byłam tutaj chyba w 2015 i dopiero teraz, po dwóch latach, pomyślałam, że by przydało się poinformować, że już koniec z moimi ff do PzM heh. Nie powiem, nadal je oglądam, znam wszystkie odcinki ze wszystkich 3-ch serii na pamięć xDD, ale jakoś się wypaliłam, nie czuję już tego samego klimatu, kiedy wchodzę na co róż znikające blogi z PzM, sama też nie czułam klimatu, kiedy publikowałam moje ff, ludzie zaczęli się wykruszać, a ja zajęłam się na dobre moją powieścią i innymi opowiadaniami, czując, że ten blog traci życie…

Nie mówię, że już nigdy nie będę pisała o moich pingwinach heh. Ciągle mam jakieś pomysły i usiłuje coś z nich tworzyć. Chcę też porządnie ogarnąć tę powieść o PzM, którą zapoczątkował  Prolog. Chciałabym, aby ta powieść wyszła perfekcyjnie. Ale to nie jest póki co coś priorytetowego, na razie chcę dopracować moje Anielskie Dusze :)

Nie łudzę się, że jeszcze ktoś tu zagląda xD ale chciałam oficjalnie zamknąć tego bloga. Nie wrócę tutaj prędko, powiem szczerze, prawdopodobnie już nigdy… Ale chciałam po prostu napisać tę notkę, aby wszystko było jasne hehe i  żebym nie miała poczucia, że zostawiłam coś niedokończonego.

Także… żegnajcie. Po raz ostatni życzę worów weny i inspiracji, dla każdego :)

Przeprosinki

Zanosi się, że znów muszę zrobić małą przerwę w pisaniu opo z PzM … wiecie nie był mnie teraz dość długo w szkole i trza ponadrabiać. Pozatym nie mam napisanego opo z wyprzedzeniem i wszytkie notki piszę tuż przed ich ublikacją, więc nie ma no to czasu… Co innego jakbym miała napisane. Tylko kopiuj w klej opublikuj i jest :-D  tak jak to mam z opo, które pisze na http://www.fantastyka-raja-kalpana.blogspot.com serdecznie zapraszam do czytania :-)

Wybaczcie mi za tę przerwę, ale obiecuję,że w święta Wielkanocne dodam jedną może dwie… sie zobaczy. Tymczasem zapraszam na wymienionego wcześniej bloga i jeszcze raz przepraszam :-(

PMDIW ŻYCZĘ!!!!!!!!!

03. (Nie)zapomniana pamiątka cz.2

Minęło dobre kilka godzin. Pingwiny zaczęły się budzić. Rico, który czuł się najlepiej z całej czwórki, paradoksalnie pochrapywał i spał o wiele twardszym snem niż cała reszta. Młodzik leżał plackiem z na wpół otwartymi oczami a Kowalski tępo wpatrywał się w sufit. Wyglądał jakby ktoś pozbawił go duszy. Jego ciało wyglądało jak pokrowiec zupełnej pustki. Tak właśnie pomyślał oficer, który spojrzał na niego idąc do kuchni z zamiarem opróżnienia kilku butelek wody. Podszedł do lodówki i wypił półtoralitrową butelkę wody mineralnej. A zaraz za nią dwie kolejne. Idąc w stronę prycz zauważył porozrzucane papiery pod drabinką. Jego paranoiczne myśli podsunęły mu jednk. Ktoś musiał tu wejść pod ich nieobecność i myszkować w archiwum. Ściągnął brwi i podszedł do papierzysk. Podniósł białą kartkę. Widniał na niej napis z powyklejanych liter z gazet.

Mamy nagranie i kilka fotek. Spogkamy się o 10AM w biurze Alice. Radzimy się wam nie spóźnić.

,,Jaka fotografia?„ Zastanawiał się. Podniósł z ziemi drugą kartkę, którą było zdjęcie jego i…

-NIECH MNIE GEJZER W PORY SPARZY!!! – krzyknął na całe gardło.

Donośny dzwięk jego głosu sprawił, że żołnierze pospadali na podłoge jeden na drugiego. Nieszczęsny Rico leżał na samym dole przygnieciony ciałami Szeregowego i Kowalskiego.

- Baczność panowie! – rozkazał.

Pingwiny stanęły jak lampy przy drodze i zasalutowali.

-Co się stało szefie? – zapytał z niepewnością w głosie Szeregowy.

-Katastrofa panowie – odparł jakby wogóle nie słyszał pytania. – Wróg przeniknął w nasze szeregi. Ma w swych brudnych łapach informacje których nawet nie pamiętam, więc… – zaczął rozmyślać zupełnie zapominając o reszcie. – Musi dotyczyć to sprawy tak złej o której chciałem zapomnieć. Ohoho… – pokiwał głową z uznaniem. – Nieźle Doktrze Bulgot, ale nie ze mną taki gierki. – Wystrzelił skrzydło ku górze. – Powstrzymamy cię i tym razem! – zaklinał. – Zapłacisz za to krwią!!! Płakać będziesz krokodylmi łzami, a… – przerwał mu Kowalski.

-Y… szefie. Może szef powie w końcu o co chodzi? Od wymieniania frazeologizmów nie przybędzie rozwiązania.

Skipper spojrzał na zegar.

-Dochodzi w półdo dziesiątej… – szeptał do siebie dramatycznym głosem nie zwracając uwagi na naukowca. – Za dwadzieścia minut zniórka na wybiegu.

Dowódca wziął fotografie oraz kartkę i poszedł z nią do labolatorium.

-Długo spaliśmy – powiedział Szeregowy.

-No – zakończył lakonicznie Rico.

W tym samym czasie doszedł ich huk wybuchu. Zza drzi wyszedł Skipper strzepując z siebie odrobinę pyłu. Pongwiny zastanawiały się co mogło znajdować się na tym zdjęciu, że szef zmuszony był to spalić… a raczej wysadzić. Nie mówiąc o tym, że nie wtajemniczył ich w… tę tajemnice.

Spojrzeli na oficera, który z uśmiechem triumfu i pewności siebie wsiadał do windy.

-To mamy tu tak stać? – młody był nieco zdezorientowany.

-A bo ja wiem? – odparł szaleniec wzruszając ramionami.

§

Czas wyznaczony przez Skippera na zorganizowanie zbiórki dłużył się każdemu z nich niemiłosiernie. Ale czas jak to czas przeminął.

Dowódca maszerował przed żołnierzami. Ci stali wyprostowani.

-Słuchać mnie uważnie – stanął ze skrzydłami złaczonymi za plecami. – Za dwie minuty ruszymy do biura strażników, ale nie wiemy co nas może tam spotkać. Ostatnim razem ten delfin wycudował mecha kraba. Nie wiadomo co tym razem wymyślił. Tak, więc… – wyciągnął zza pleców miotacz płomieni oraz…

-Masło i czosnek??? – cała trójka była mocno skonfundowana.

-Tak…. oj tak… – wzrok Skippera był lisi i pełen pewności siebie. – Usmażymy j na miękko, rozuścimy masełko i okrasimy czosnkiem.

-Szef jak widać jeszcze nie całkiem otrzeźwiał – powiedział na ucho Szeregowemu, Kowalski.

Tak, więc ruszyli na spotkanie z uosobieniem wszelkiego zła. Kroczyli powoli. Posuwali się przez noc ciemną jak węgiel. Nikt prócz Skippera nie traktował aż tak poważnie tej sytuacji, ale zachowali swe instynky komandosów. Byli czujni i bacznie rozglądali się do okoła. Głownie z powodu szefa, ale nikt nie mówił tego na głos.

Lider ostrożnie położył skrzydło na drzwiach. Chciał je pchnąć, ale…

-Dokładnie tego się spodziewają – jego głos był jak nóż przecinający ciszę. – Kowalski opcje.

Strateg nie musiał się długo zastanawiać.

-E… okno, szefie – podpowiedział.

Oficer wykonał ruch skrzydłem. Ustawili się jeden na drugim. Biedny Szeregowy stał na samym dole. Ledwo utrzymywał ciężary ciał przyjaciół. Na słowa Skippera ,,wchodzimy panowie” wśliznęli się do środka.

-Gotowość panowie – zabrzmiał niski i cichuy, pełen dowódczego tonu głosu Skippera.

Przyjęli pozycje bojowe.

-Dobrze wiem, że tu jesteś. Wyłaź – rozkazał.

Usłyszeli dźwięk kroków. Byli pewni, że to homary. Pingwiny zacieśniły krąg ustawiają się zgodnie z kierunkami wiatrów. Z ciemności wyłoniła się para niebieskich oczu. Skipper nie dowierzał temu co widział. ,,To nie może być Bulgot… przecież on ma jedno czerwone oko…”. Przeciwnik zrobił krok w przód. W cieniu pojawił się zarys sylwetki. A raczej dwóch.

-Kim jesteście? – zapytał dowódca.

-Znasz nas bardzo dobrze – przerwał by zaśmiać się cichym, gardłowym śmiechem. – Sąsiedzie.

-Sąsiedzie?! – jednocześnie zapytali zdziwieni.

Postacie wyszły z mroku. Drużyna zrobiła wielkie oczy a szczenki dosłownie im opadły po samą ziemię. Stali oboje z przebiegłymi, lisimi minami. Jeden z nich trzymał w ręku kilka kartek. Skipper domyślił się co to było. Zdjęcia.

-Y… – zaczął niepewnie Szeregowy. – Co wy tu robicie? Wiecie nie jest tu bezpiecznie. Ktoś szanta…

Młody dostał plaskacza od szefa.

-Ależ my dobrze wiemy kto. Są to nawet dwa ktosie. My. – Wyszczerzył zemby w uśmiechu zła.

-Łaaał – powiedział Rico przeciągając samogłoskę oraz swój dziób do granic możliwości

03. (Nie)zapomniana pamiątka cz.1

PRZEEEEEEEEPRAAAAAAAAAAAAAAAAASZAAAAAAAAAAAAAAAAAAM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!WWybaczcie mi, że prze kilka miesięcy nic nie dodawałam, ale mialam niezidentyfikowane problemy z zalgowaniem się na blog.pl… Mam nadzieję, że się nie gniewacie c:  Dzisiejsza notka będzie nieco krótka bo nie mam zbyt dużo czasu na pisanie… Ale noszę w sercu nadzieję, że to wystarczy póki co ;3 . Zapraszam do czytania ^^

Drużyna weszła do swojej bazy nie zauważając świeżych i pysznych uklejów w misce. No… może poza Rico, który się oblizał i zatrzymał w połowie drabinki. Spojrzał na swych towarzyszy, którzy jak pozbawione dusz lalki dreptali w stronę stołu. Dwoma szybkimi kokami znalazł się na górze i naraz zjadł cztery dorodne sztuki. Zadowolony z siebie zeskoczył w dół. Reszta pingwinów popijała wodę ze szkanek. Szeregowy z zamkniętymi oczami podpierał głowę na skrzydle. Nagle zerwał się z miejsca i nim ktokolwiek zdążył go zobaczyć, zatrzasnęły się za nim drzwi do WC. ,,Biedak…”, pomyślał ze współczuciem Skipper. ,,To pewnie jego pierwsza przygoda z alkohoem”.

-Panowie – zaczął dowódca wstajác z krzesła. – Czas na małą drzemkę.

Każdy ułożył się na swojej pryczy łącznie z Szeregowym, który opuścił toaletę z kwaśną miną.  Wypił do końca swoją wodę i ułożył się na trzeciej od dołu pryczy, a Rico zaraz za nim na samej górze. Pingwinek czuł się fatalnie. Jego głowa była niczym tornado, któremu towarzyszyło niemiłosierne dudnienie w czasce. Jak mógł doprowadzić się do takiego stanu? Przysięgalł sobie, że przenigdy nie wypije ani kropli a wczoraj… zresztą. Przecież nie zrobił tego umyślnie. Wódka zmieszana była z koktajlem. Nikt nawet nie wiedział, że Mort coś tam dolał. Nie ma co się obwiniać. Zdarzyło się raz q do drugiego nie dopuści. Nie miał sił ani miejsca w głowie na dalsze rozmyślania. Prawie natychmiast zasnął. Skipper dopił wodę z obu kubków – swojego i naukowca – oraz z dzbanka. Kac był tym czego nienawidził prawie najbardziej w świecie. Nieważne ile litrów wody by w siebie wlał ten niemiły symptom poalkoholowy wogóle się nie zmniejsza. Otarł skrzydłem stróżkę wody spływającą z kacika dzioba. Ułożył się na najniższej pryczy i zasnął.

§

Niespełna godzine po zaśnięciu komandosów właz do bazy otworzył się wpuszczając do środka smugę światła. Przez otwór wleciała do środka biała kartka formatu A4 z naklejonym napisem z powycinanych z gazet liter a zaraz za kartką pewna fotografia przedstawiająca Skippera z jakąś dziewczyną. Dobrze wszystkim znaną dziewczyną…

Czas szkoły

Witam c:
Chciałabym zakomunikować, że NN dam dopiero w piątek gdysz poniewasz zwolnienie lekarskie siem mi skończyło i nadszedł czas pójść do szkoły. W końcu! Nie chciało mi się już w domu sziedzieć. Po za tym jestem na architekturze w 1. klasie technikum i nmg mieć zaległości bo potem nie wyrobie z nauką i nbd mnie na blugu O.O .
Tak, więc serdecznie Wszystkich pozdrawiam i życzę mnóstwo hektolitrów weny ;-) . Powodzenia w szkole :)
PMDIW życzę
Nocna Łowczyni

02. Prawda w piosenkach cz.2

Witam w drugiej części notki c: ciekawa jestem jak zareagujecie…jaka będzie Wasza reakcja na, jakby to ująć? Moją fantazję(?) mój pomysł. O! Tak właśnie ;3 . Sie troche rozpisałam ;P . Nie przedłużam i zapraszam do czytania ;) .
________________________________________
Kowalski przyniósł sushi z lodówki a Szeregowy masłorzechowe cuksy.
-Na takim przyjęciu nie może zabraknąć słodyczy – zaśmiał się lekko młody.
-Tylko nie przesadzajcie z cukrem żołnierzu – Skipper dał reprymendę pingwinkowi.
-WOW – wychrypiał urzeczony wystrojem.
Obszedł bazę do okoła. Z każdą sekundą ogarniała go coraz większa radość, euforia, aż w końcu…
KA-BOOM!!!
Podskoczył radośnie wypluwając bombę, która wysadziła drzwi labolatorium i kawałek jego wnętrza.
-Przepraszam – skruszony wykrzywił dziób w uśmiechu.
-Spokojnie, żołnierzu. Dziś wasze święto – Skipper machnął na to przysłowiowym skrzydłem. – Kowalski to później ogarnie.
Brwi naukowca podskoczyły do góry.
-Szefie, ale…
-Przecież to wasz pokój, nie?
Strateg zamierzał coś odpowiedzieć, ale sam nie wiedział co. Zamknął, więc dziób i wszedł do zadymionego po wybuchu pomieszczenie.
-Wszystkiego najlepszego, Rico. Pięć lat w rodzinie – uśmiechnął się dowódca.
-I z tej właśnie okazji – zaczął Szerciu.
-Chcielibyśmy ci podarować… – naukowiec wychylił głowę przez futrynę. Miało to na celu stopniowe budowanie napięcia.
Wszyscy weszli do labolatorium i wyciągnęli z tam tąd (zapamiętałam twoją lekcję Olciu ;)) parostokątnie, niebieskie opakowanie przewiązane czerwoną wstążką. Było ono mniej więcej wzrostu dwóch Kowalskich
-Śmiało otwórz – zachęcał go młodzik.
Psychopata podszedł do swojego prezentu. Był niemało ciekawy co kryje się w środku. Odebrał opakowanie od przyjaciół. Szybkim ruchem skrzydeł rozerwał je z entuzjazmem. Otworzył szeroko dziób z zachwytu. Jego prezentem była Panna Perrky ubrana w białą suknię do kolan. Jej włosy były rozpuszczone jak zawsze, ale tym razem rozczesane. Sięgały jej, aż do pasa. Lecz lalka była jedynie deserem, albowiem… siedziała za kółkiem monstertrack’a; Króla Craksa. Czarny pojazd pomalowany w płomienie na wielkich grubych oponach. Szaleniec utulił swój prezent.
§
Przyjęcie u pingwinów dobiegało końca. Cztery godziny śmiechów, jedzenia i picia kolorowych napojów niewiadomego pochodzenia, czyli od Kowalskiego, zleciały jak z bicza strzelił. Szeregowy zjadł całe dwa opakowania toffi i zaczęło mu trochę odbijać. Nawet reprymenda szefa nie pomogła. Po niespełna dziesięciu minutach zaczął biegać w kółko po bazie. Raz po suficie. Rico był bardzo zadowolony z przyjęcia, ale nie ukrywał, że miał ochotę na dalszą zabawę.
-Odpada, żołnierzu. Oddział…
Przerwał mu werbel bębnów.
-Nudni kelnerzy!
Usłyszeli dobrze im znany głos pewnego ,,władcy”.
-Chcecie iść spać o dziesiątej?! – kontynuował. – Otóż oznajmiam, że prawdziwa impreska odbywa się właśnie u mnie! U wspaniałego króla Juliana, który wspaniałomyślnie zorganizował dla psychota, tak połączyłem w głowie dwa wyrazy psycho i ptaka, idzie mi to coraz lepiej Maurice. Ekhem – odchrząknął. – Tak, więc…
W tej samej chwili na wysepkę wyskoczyły pingwiny z dowódcą pozbawionym cierpliwości. Podszedł do króla i wymierzył w niego skrzydło.
-Słuchaj Ogoniasty. Nie obchodzi mnie twoje pragnienie kręcenia zadem, więc zabieraj swój ogon i tych bębniarzy – wskazał na Maurice’a i Mort’a. – Z naszego wybiegu.
Julian ściągnął usta i podparł się pod boki, podczas, gdy Skipper odwrócił się do niego plecami. Spojrzał na swoich towarzyszy.
Rico świciły się oczy w błagalnym geście niczym u postaci mangi. Szeregowy cały drgał i mrugał na przemian oczami. Musiał gdzieś rozładować energię. Jedynie Kowalski stał jakby było mu to obojętne. Oficer pokręcił spuszczoną głową i westchnął.
-Godzina i wracamy – uprzedził.
-CUKIER!!! – krzyknął młody i skoczył na Juliana przewracając go.
Patrzał się na niego z chorą rządzą psychopaty. Król był nieco przerażony.
-E… Może byście zabrali ze mnie tego naćpanego cukrem s-szaleńca?

W habitacie lemurów grała muzyka dyskotekowa i discopolo. Skipper siedział przy dreank barze. Wszyscy – nawet Maurice z Kowalskim – wyginali śmiało ciało.
Każdy się świetnie bawił prócz niego. Zastanawiał się co oni widzą w tym całym imprezowaniu. Nic tylko głośna muzyka i bezsensowna trzepanie ciałem. Walca, flamenko, salsa. To jeszcze mógł zrozumieć, ale… gibanie się jakby cię prądem porażono? Widać błazenada Juliana udzieliła się wszystkim. Albo po prostu jest starej daty? Nie! Ma przecież dopiero dwadzieścia lat! Potrafi się bawić.
Wstał i dołączył do przyjaciół. I Juliana. Próbował kręcić biodrami naśladując króla, ale wychodziło mu to dość… kwadratowo.
Mort tymczasem wesoło skakał po dreank barze.
-A ja dostałem biały soczek od Świętego Mikołaja, który spał na ławce – zaśmiał się wesoło malec. – I ma sześdziesiąt procent owoca haha.
Skacząc po blacie nie zauważył, że jego ,,biały soczek ulatuje”. Wprost do przygotowanych kilkudziesięciu koktaili w kokosach…
§
Minęły jakieś trzy godziny. Spragnieni tancerze podchodzili do baru i łyk za łykiem pochłaniali napój wraz z tajemniczym sokiem Mort’a. Niektórzy zaczęli się już zataczać. Między innymi Kowalski i Maurice’em. Z bombox’a leciała piosenka Pevex – Mam yorka. Julian z Mort’em śpiewali wesoło. Nieco po swojemu.
-Mam wielkie mango. Jestem królem number one. Luka za mną każda z dam. Laseczki jestem wsz bierzecie mnie w czas. – Władca nieco fałoszował a niektóre wyrazy głośniej śpiewał.
-Zwariowałeś królu wiesz? Na kiego H. ci te samice? Morta na stopie możesz mieć. No to słucham, królu czego chcesz? – malec z na wpół otwartymi oczami wywijał łapkami plącząc się o własne nogi.
-Ja chce laseczki. Daj mi Morcie samiczke.
Król złapał go oburącz za poliki i przewrócił się na trawe. Nagle muzyka ucichła.
-Ty – szambelan stał przy bombox’ie. – Zadedykuje ci piosenkę nadenty bałwanie w śmiesznej czapce.
Julian uniósł brwi i ściągnął usta. Opierając się o plastikowy wulkan wstał, ale bujał się na boki. Wystawił ku górze palec. I nie był to palec wskazujący. Jednak nim zdążył cokolwiek wybełkotać z głośników popłynęła muzyka piosenki ,,Szalona ruda”.

Porąbany ojciec, pogrzmocony dziadek. Uber głupota to jego spadek.
Ty jesteś pajac, tak na pewno Julian, niepełnosprawny umysłowo.
Dobrze to wiem.
Ty jesteś pajac, tak na pewno Julian, niepełnosprawny umysłowo.
Czy twoja matka też (x2całość)
Nie blondyn, nie mędrzec ja już wole Stefana. Zatrzęsienie rozkazów, idiota jesteś. Zwierzęta nie wiedzą co mówią, chociaż czasem szepczą, że jesteś rąbnięty. Ja się śmieje, mało powiedziane, wy nie wiecie co się tu dzieje.
Ja mam bardzo ważne pytanie. Czy taki mózg co w zadzie też w głowie jest? Ja wypełnie to zadanie. Wynajmę psychiatrę i tej prawdy wreszcie dowiemy się.
Ref:. Jestś pakjac(…)
Bomhihibomhihibom
Jako orami pingwinów, sąsiad mieszka. Jesteś narcystyczny, jesteś niedowytrzymania. Pomysły swe zlecasz. Mają pingwiny poranny trening. Skrzydełka robiom cuda, dziś na pewno im sie uda, sprawić, że zmądrzeje ten paskuda.
Jesteś ciota, ty jesteś taki damski. Kiedy Dj gra sie bujasz jak pedał jakiś w tańcu ogonem falujesz, nie możesz niczym innym bo ty jesteś taka ciota co z samcami nawet flirtuje.
Ja mam bardzo ważne pytanie.
Czy taki mózg co w zadzie też w głowie jest? Ja wypełnie to zadanie. Wynajmę psychiatrę i tej prawdy wreszcie dowiemy sie.
Ref:. Ty jesteś pajac(…)
Ty jesteś debil…

Władca zataczając się – i przewracając – podszedł do sługi.
-Maurice – zabrzmiało to raczej jak Moulice. – Powiedz mi prosze czemu tak strasznie fałszujesz?
Palczak nie odpowiedział. Klapnął tyłkiem na trawe i wystawił język wydając przy tym charakterystyczny dźwięk.
-Te – Kowalski okręcił kilka razy skrzydłem w powietrzu. – Maurice! Chcesz usłyszeć prawdziwą piosenkę? – uniósł bardzo wysoko brwi i zamrugał szybko kilka razy jakby chciał kogoś poderwać na długie rzęsy
-JEDZIEMY PANOWIE!!! – dołączył się Skipper wyrzucając skrzydła w górę i robiąc slalom do tyłu.
Rico przełączył na inną piosenkę. Tym razem zabrzmiała melodia ,,My słowianie” Cleo i Donatana.

Ref:.My pingwiny wiemy jak uciszyć króla Juliana. Wiemy co zrobić żeby ta małpa w nocy mordy nam nie darła. To jest ta pingwinia siła. To jest ten obowiązek nasz. My pingwiny wiemy jak użyć Rico. Wiemy jak poruszać urokiem Szeregowego. To jest ten składzik nasz. To jest ta tajna broń.
1.W dróżynie mamy to czego nie ma nikt inny. Cenimy ten osobisty urok. Śledzik lepszy niż dorsze i antary. Najurokliwszy u nas! Kogo innego byś chciał.
2.My na najzimniejszych lodowcach trenowani. Twardzi, zimni jak lód.
Nie ma lepszej od naszej armi. Ten kto pobity został ten wie…
Ref:. My pingwiny wiemy jak uciszyć króla Juliana(…)
3. To co nasze jest najsilniejsze, jest bo nasze jest!
Skipper!!!
To co nasze jest najmądrzejsze, jest bo nasze jest!
Kowalski!!!
To co nasze jest psychopatycznie, jest bo nasze jest!
Rico!!!
To co nasze jest naurokliwsze, jest bo nasze jest!
Szeregowy!!!
4. W Ameryce mamy to czego nie ma nikt inny. Uciekają z tam tąd w popłochu wszyscy. Tam wysypisko i złe charaktery. Szukaj tam idealnych wrogów!
5. A nasz żołnierz ma kompleks, choć nie ma powodu by go mieć. A on śpi w wannie sześć miesięcy. Nie współczuj, żałuj go Doooooriiiisss.
Ref:. My pingwiny(…)
§
Zajęci byli śpiewaniem i gibaniem się, a co najważniejsze byli pod wpływem alkoholu. Przez to wszystko nie dostrzegli, że są obserwowani…
________________________________________
Nbd się rozpisywała. Jak zwykle standardowe pytania co do wpisu ;) . A te piosenki, które śpiewali to są moje przeróbki. W wolnym czasie jak mi sie nudzi to losowo wybieram piosenkę i ją przerabiam ;P . Najłatwiejsze są polskie. Gorzej z zagranicznymi… Dobra. Czekam na Wasze opinie i odpowiedzi na standard qestion xD w komach c:
PMDIW życzę
Nocna Łowczyni.

02. Prawda w piosenkach cz.1

Siema!!!! Przepraszam, że nie dałam notki przedwczoraj, ale nie mogłam się z netem połączyć… Ale już zabieram się za pisanie. Tak, więc…
Witam w drugim rozdziale. Od teraz już nie będzie aż tak śmiechowo jak w poprzednim, a z każdym kolejnym bd się robiło coraz poważniej. Oczywiście będę wstawiała sytuacje, z których będzie można się pośmiać ;) . Dobra. To już chyba na tyle. Zapraszam do czytania c: . Jeśli coś się Wam nie spodoba, albo bd mieli inny pomysł na przedstawinie danej sytuacji to piszcie c: w końcu ten blog jest dla Was ;)
________________________________________
Zbliżał się wieczór. Na niebie pojawiła się mozaika kłębiastych chmur w kolorach porańczy, różu, indygo. Prześwitywało przez nie żółte słońce znikające za budynkami Nowego Yorku. Alice – rudowłosa strażniczka ZOO – szła ucieszona do głównej bramy. Piątek godzina osiemnasta. Jakże kochała te słowa. Teraz będzie miała cały weekend tylko dla siebie i Scotter’a Albarez’a – oczywiście w snach.
Ubrana w swój codzienny strój opuściła teren parku z zielonym plecakiem zawieszonym na jedo ramie. Klucze zadźwięczały, gdy wyjęła je z zamka. Szeregowy stał przy dzwonie i przez lornetkę obserwował każdy ruch kobiety.
-Szefie – powiedział do krótkofalówki. – Strażniczka opuściła ZOO
-Pysznie! – odpowiedział entuzjastycznie, zacierając skrzydła.
Szeregowy zeskoczył na dół i dołączył do swoich przyjaciół na wybiegu. Kowalski stał na wybiegu montując jakieś urządzenie, które na pierwszy rzut oka wyglądało jak kamera. Skipper przyglądał mu się z płetwami na biodrach. Na jego dziobie malował się szeroki uśmiech.
-W bazie wszystko gotowe? – zapytał, patrząc na młodego przez ramię.
-Tak jest, szefie! – zasalutował stając na baczność.
-Miodzio – odparł.
Już się nie mógł doczekać, aż zobaczy minę Rico. Pięć lat. Jak ten czas mija… Już tyle wiosen służy w jego oddziale. Tyle wspólnych misji, wspomnień. W takich chwilach nawet twarde, odporne na emocje serce komandosa wiotczeje i ulega magii chwili. Tego dnia psychopata obchodził jubileusz w służbie. Święto te – podobnie jak urodziny – w życiu każdego żołnierza jest niezmiernie ważne. Nigdy nie wiadomo, które urodziny są ostatnie. Dlatego właśnie obchodzi się je jakby nimi były.
Tego wieczoru nic nie jest w stanie zepsuć. Był tego pewien. Nawet Juliana się nie obawiał.

Ciekawski król siedział jak zwykle na swoim tronie i obserwował poczynanie swoich czarno-białych sąsiadów.
-Coż te pingwiny wyczyniają…? – zastanawiał się na głos.
-Nie wiem – odparł Maurice. – I nie polecam ci królu żebyś się w to mieszał.
Palczak był u granic cierpliwości. Miał dość wszelkich wyskoków króla. Już nie raz mu się przez niego oberwało bo nakłaniał go do zrealizowania swoich głupich pomysłów.
-Chyba pójdem śledzić co te przebiegłe ptaki robiom
-Wasza wyskośc – szambelan był u kresu sił. – Z całym szacunkiem, ale odradzam…
Julian uciszył go ręką.
-Cicho Maurice! Twoim zadaniem jest doradzać królowi.
-Eh… więc jako doradca odradzam…
Samozwańczy władca stanął nad nim z wielkimi oczami i powiedział bardzo powoli.
-Doooraaadzaaać…
Grubas skryty w cieniu ,,jego wysokości” zirytował się.
-Doradzam – powiedział z naciskiem. – Żeby król został w królestwie.
-Jestem królem i mogę robić co zechce – wzruszył ramionami i wyskoczył poza wybieg.
-Jest chyba jedynym królem, który jest samowystarczalny i nie potrzebuje błazna…
§
Żołnierze stanęli nad psychopatą.
-Rico… – szeptał Kowalski nad śpiącym pingwinem. – Pobudka.
-Wstawać, żołnierzu. Czeka was niespodzianka. – Na dziobie Skipper’a malował się uśmiech.
Komandos usiadł na pryczy przecierając zaspane oczy. Ziewnął. Pingwiny odsunęły się na bok pod drabinkę. Oczom Rico ukazał się nieziemski – jak dla niego – widok. Z sufitu zwieszone były laski dynamitu na sznurkach. W każdym z rogów powieszone były girlandy amunicji. Na ścianach poprzyklejane były zdjęcia portretowe jubilata oraz z różnych misji. Na stole stał tort w kształcie bazuki z niebieską – zapewne malinową – polewą. Jubilat tak pochłonięty był oglądaniem wystroju a reszta obserwowaniem jego zachwytu, że nikt nie zauważył nurkującego Juliana zaglądającego do nich przez okienko.
Król wypłynął na powierzchnię.
-Więc ten psycho-ptak ma urodziny… – potarł w zamyśleniu brodę.
W jego głowie pojawiła się pewna myśl. Każda okzaja jesy dobra do zrobienia imprezy. Może wkręci się do pingwinów?
__________________________________________
Przepraszam, że taka krótka, ale coś źle się czuję i nie chce mi sie pisać… Postaram się wieczorkim wrzucić drugą część. Albo jutro. Zależy kiedy mi się zachce ;P . Piszcie swoje opinie i myśli(?) sorki, nwm co pisze xD. Po prostu czkam na Wasz komy :)
PS: Jak myślicie co oznacza tytuł? :>
PMDIW życzę
Nocna Łowczyni

01. Sąd polowy

Witam w pierwszym rozdziale nowego opka :) . Z góry mówię, że się rozpisałam, wyszło mi 7 kartek A5 pisane linijka pod linijką. W secrcu noszę nadzieję, że spodoba się Wam. Zebrało mnie na pisanie wierszy xD. Chyba jakiś zaraz napisze :P . Ok. Nie przedłużam i zapraszam do czytania ;)
________________________________________
Gula stanęła mu w gardle. Przełknął ją cieżko i uniósł wzrok. Z przerażeniem spoglądał na postać siedzącą za biórkiem. Pingwin z surową miną i lodem w oczach obserwował oskarżonego, który stał za drewnianą barierką. Skazaniec cały się trząsł, ale dzielnie wytrzymywał spojrzenie sędziego.
-KOWALSKI! – zabrzmiał donośny i nisko głos.
Naukowiec zacisnął powieki i się skulił.
-Wiecie o co jesteście oskarżeni – kontynuował Skipper mrożąc go wzrokiem.
-T-ta, ta-ak – wyjąkał
-Cisza! – uderzył młotkiem o podstawkę. – Nie udzieliłem wam głosu – skarcił go. – Więc… – spojrzał w stos papierów porozrzucanych po machoniowym biórku. – Obrońca. Proszę o wygłoszenie wniosku – zwrócił się do Szeregowego.
Młody miał na sobie czerwony krawat a na dziobie okulary przez co wyglądał na dziesięć lat starszego. Pingwin zebrał kartki w jedną kupkę stukając nimi o blat stołka i znacząco odchrząknął.
-Wy sądzie – spojrzał na majestat prawa. – Rzadko mi się to zdarza. Ale nie mogę bronić oskarżonego wiedząc, że jest on winien przestępstwa takiego stopnia.
-Rozumiem, że rezygnujecie z roli adwokata? – dowódca uniósł brew.
-Tak – odparł lakonicznie.
-No, no, no… – Skipper pokręcił głową z dezaprobatą. – Zostaliście sami – do jego głosu wkradła się nutka kpiny. – Co macie na swoje usprawiedliwienie?
Naukowiec już otworzył dziób aby coś powiedzieć, ale szef mu przerwał.
-Ależ oczywiście, że nic – wystawił skrzydło przed siebie.
Gdyby strateg miał na sobie krawat z pewnością by go poluźnił. W środku cały się gotował jak woda na gazie. I co miał powiedzieć? Oczywiście, że była to jego wina, ale gdyby wcześniej dali mu dojść do słowa to nie byłoby teraz tej całej akcji z sądem polowym.
-Mowcie Kowalski – sędzia wskazał na niego. – Co robiliście całą dzisiejszą noc?
-Siedziałem w labolatorium i konstruowałem…
-Otóż to! – krzyknął Skipper. – ,,Konstruowałem” – zrobił cudzysłów. – To jest wasz odwieczny problem! Przez wasz wynalazek Rico jest unieruchomiony! – zagrzmiał i poderwał się z krzesła wskazując ma drzwi pomieszczenia naukowca.
Szeregowy patrząc na startega z pod przymróżonych oczu otworzył drzwi. W pokoju znajdowała się przestrzenna, trójkątna klatka zrobiona z brązowego szkła. Jej środek wypełniała gęsta, galaretowata substancja. Rico uwięziony w środku co chwila otwierał i zamykał dziób wypuszczając okręgi o zdeformowanym kształcie. Gdy z jego dzioba wydostawał się okrąg wystawiał on język chcąc go dotknąć, ale nie udawało mu się to bo ,,bąbelek” odpływał w dal. Jego skrzydła i stopy wzisały bezwiednie w galaretowatej cieczy. Puszczanie okręgów zdawało się być jedyną zabawą biedaka.
-Przez was może całkowicie stracić rozum!
Głośny i ostry ton dowódcy uderzył w bębenki uszne naukowca.
-Po coś cie wogóle konstruowali to ustrojstwo? – zapytał już ciszej
-Chciałem zrobić w tym mieszankę glonów i wodorostów – wyjaśnił pewniejszym głosem.
Skipper uniósł pytająco brew.
-Szklany trójkąt jest wypełniony tranem z wątroby rekina i kwasami omega trzy z okonia atlantyckiego i dorsza. Jeśli wrzuciłbym do tego glony wraz z wodorostami to ich połączenie spowodowałoby uwolnienie pewnych składników a ich wypicie zwiększenie wydajności mózgu.
W uszach Skipper’a był to kolejny naukowy bełkot. Ze ściągniętymi brwiami i dziobem podpartym na skrzydle słuchał jak jego strateg bełkocze od rzeczy. Młody stał przy drzwiach z tą samą miną co szef i miał ten sam dylemat co szef. Nic nie rozumiał. W jego głowie pojawiło się jedno pytanie: ,,po co on chce zwiększyć wydajność muzgu…? Ostatnim razem nie skończyło się to za dobrze… Chyba, że teraz wziął nas na cel! Królewiczu Dzielcelocie dopomóż!”.
-No dobrze… – powiedział sędzia po monologu Kowalskiego. – Skoro połączenie tego wszystkiego powoduje wzrost mózgu…
-Nie wzrost tylko zwiększenie wydajności – sprostował poirytowany.
-Udzieliłem głosu? Nie. To cisza na sali.
-Eh… – cicho zawarczał w odpowiedzi i założył skrzydła na piersi.
-Kontunuując. Co się stanie z mózgiem Rico, jeśli jest w tym zanurzony?
-Nie będzie miał cholesterolu – odparł.
Wszyscy zamrugali i spojrzeli na niego tępo.
-Kowalski jak go z tego wyciągnąć?
Naukowiec, aż zatrząsł się z poirytowania. Może i jego koledzy nie są naukowcami, ale o kompletny idiotyzm ich nie podejrzewał. Zresztą gdyby tylko pozowolono mu się wytłumaczyć wcześniej nie musieliby się pytać o tak prostą rzecz.
-Wystarczy rozbić szkło – odpowiedział siląc się na neutralny ton.

Zaraz po tym jak naukowiec skończył zdanie doszedł ich wrzask, a chwilę później przez właz spadł Julian. Prosto na Skipper’a. Król uśmiechnął się głupkowato przygniatając go swoim ciałem. Dziób dowódcy wykrzywił grymas gniewu. Szef wstał zrzucając z siebie lemura. Julek stanął na nogi i z miną totalnego idioty poprawił peruke na głowie Skipper’a.
-Czego chcesz, Ogoniasty? – zapytał zirytowany do reszty jego obecnością.
-No, więc… em…
-Jak matke i ojca kocham! Streszczaj się bo zaraz ciebie czeka sąd polowy za przerywanie sądu polowego!
-Potrzebuję pomocy! – padł na kolana i złożył ręce jak do modlitwy.
-Co się stało? – zapytał rozczulająco Szeregowy podchodząc do nich.
Był już bez okularów.
-No goryle! Chcom mnie zgnieść na papke jak banana!
Szef wywrócił oczami.
-A co żeś im znowu zrobił? – zapytał w brew swej woli dowódca.
-Nic! Przysiegam!
-Uważaj bo uwierzymy – wtrącił Kowalski z ironią w głosie.
Sekundę później doszło ich czyjeś nawoływanie.
-Hej! Ptaszki! Nie widzieliściście tego paskudnego lemura?
Skipper bezgłośnie kazał wyjść żołnierzom na góre a Julianowi zostać.
Kowalski z Szeregowym padli na ziemię ze śmiechu. Młody wpadł do wody zanosząc się spazmatycznym śmiechem. Oficer odchrząknął powstrzymując śmiech.
Przed ich wybiegiem stali Bolo i Lolo z… dość niecodzienną fryzurą futra. Oboje mieli ogolony pas na głowie. Był tam pas nagiej skóry. W miejscu sutków były wygolone dwa kółka. I jak w przypadku głowy świciła z tych miejsc naga skóra. Od biodra do biodra również biegł wygolony pas. Wyglądali jakby założyli bikini.
-Co wam się stało? – zapytał a kąciki jego dzioba drgały.
-To ten lemur! Obudziliśmy się bo coś nas gilgotało. Otwieramy oczy a tu lemur w najlepsze robi sobie wycinanki z naszego futra! – Bolo aż się toczyła piana z pyska.
Skipper uderzył się skrzydłem w czoło. Co ten niewydarzony pajac jeszcze nie wymyśli?
-Przez niego wszystkie człowieki nabijają się z nas – dodał Lolo.
-Ogoniasty! – krzyknął odchylając klapę włazu, czyli miskę. – Wyłaź!
Julian przełknął ciężko ślinę i trzęsąc się jak galareta wszedł po drabince na górę. ,,Może nie zauważom? To w końcu nic takiego…”, pomyślał i spojrzał na skrawek podłogi obok telewizora.
Schował się za plecami dowódcy, gdy był już na górze.
-R-ratuj… – szepnął do niego.
-Ty, lemurze – powiedział wyzywającym tonem Lolo.
-Może wyjaśnisz naszym sąsiadom dlaczego bawiłeś się we fryzjera bez wykształcenia? – zaproponował znużony szef.
Kowalski i Szeregowy zdążyli już się ogarnąć i stali po obu stronach swojego dowódcy.
Julian cały drgał. Wyglądał jakby było mu zimno bo do drgania dołączyło szczękanie zębami. Powoli wyszedł zza pleców Skipper’a i stanął przed pingwinami. I co miał teraz zrobić? Ale mógłbyć spokojny w eskorcie ptaków. Przynajmniej tak mu się zdawało. Wyprostował się z godnością i poprawił koronę. Złączył stopy i koniuszki palców.
-Wiec – zaczął z wyniosłą miną. – Moje dzieła, które stoją o tam – wskazał na nich ręką. – To kara za brak poszanowania dla królewskiego symbolu władzy. Albowiem! – uniósł wskazujący palec. – Tych dwóch rzucając zgniłymi skórkami banana trafili na mom królewskom stope. I była ona usmarowana czarnym i śmierdzącym glutem zgnilizny! – zakończył dramatycznym gestem rąk uginając palce niczym smocze szpony.
-I tylko dlatego zrobiłeś z nich modelki plażowe?!
Skipper, aż zatrząsł się z niedowierzania. Wszyscy żołnierze wpatrywali się w tego gamonia rozszerzonymi oczami. Jego głupota przewyższała wszystko. Dowódca nabrał głęboko powietrza.
-Słuchaj Żółtooki. My się zajmujemy sprawami typu śmierć, życie.
-Lub takimi, które bezpośrednio nas dotyczą – dodał Kowalski
-Otóż to. Tak, więc… – otworzył właz.
Cała trójka wskoczyła do środka.
-Ale to jest sprawa życia, śmierci i życia! – Julian klęknął nad otworem.
-A czy dotyczy nas? – odkrzyknął Skipper.
Król odwrócił twarz ku gorylom. Obaj uśmiechnęli się diabolicznie i uderzyli pięścią w otwartą dłoń.
-M-mam dyplomatyczny immunitet… – wyszczerzył zęby w grymasie uśmiechu.
Pingwiny usłyszeli wrzask nieboraka. Julek uciekał goniony przez rozwścieczone goryle.
-Dobra. Uwolnijmy Rico ze szklanej pułapki – nakazał Skipper.
-Y… szefie… Niech szef na to spojrzy.
Kowalski stał pochylony nad jakimś rozbitym szkłem pod telewizorem. Był pewnien, że dowódcy się to nie spodoba. I kogo oskarży.
Skipper podszedł do stratega. Na widok rozbitej ramki zaczęło mu oko drgać. Zacisnął skrzydła w pięści. Lemur przegiął pałkę.
§
Julian leżał na leżaku. Szambelam nakładał mu zimne okłady na obolałe i posiniaczone miejsca. Mort korzystając z okazji, że król jest w chwili słabości owinął się w okół jego stopy. Jego ciałem, niczym ciałem narkomana, który dawno nie dał sobie w żyłe, wstrząsnęły ciarki. Goryle załatwiły to szybko. Julek nawet nie obejrzał się jak leżał w niemożliwej do wykonania pozycji.
-Mówię, ci Maurice. Nie chciałbyś tego wiedzieć… – żalił się.
,,I tu się mylisz, idioto”, pomyślał z uśmiechem palczak.
-Ale sami sobie na to zasłużyli – stał twardo przy swoim.
-Ej, ty Ogoniasty.
Na murze stanął Skipper podparty pod boki. Kowalski i Szeregowy stali w rogu muru trzymając jakąś linę.
-O. Witam głupie ptaki. I hańba wam za to, że nie obroniliście mej królewskiej osoby – położył dłoń na piersi.
-Mamy coś dla ciebie – uniósł kącik dzioba
-O! – zachwycony odłożył koktail na stoliczek. – Prezent przeprosinowy. Dawać, dawać – zatarł ręce.
Pingwin wykonał gest skrzydłem. Żołnierze puścili linę. Z góry, wprost na skakalnie zrzucili szklany trójkąt, który odbił się od niej jednocześnie ją przebijając. Rozbił się na ziemi zalewając wybieg tranem. Ni stad ni zowąd przed Julianem wyrósł Rico cały lśniący od oleju. Otworzył dziób. Wydostał się z niego bąbelek tranu, który zdawał się wisieć w powietrzu, ale po chwili jednak opadł na futro brzucha króla.
-Szkło, za szkło Ogoniasty. I pamiętaj, że nie wolno dotykać moich naparstków z parkami narodowymi.
-A ta ciecz?! – dopytywał oburzony.
-To taki bonus – odparł szef znikając z żołnierzami za murem.
Poirytowany Maurice spojrzał na swego władcę.
-A mówiłem, ci że ogolenie goryli to przesada?…
-Coś mi tu dorszem zalatuje…
________________________________________
I jak? Mam nadzieję, że elementy śmiechowe, które opisałam (mam nadzieję, że dostatecznie) się podobały i przyprawiły Was o banana na dziobie xD. Czekam na Wasze opinie w komach :) . Tylko bardzo proszę Bądźcie szczerzy!!!! Nawet bardzo zły/krytykujący kom jest dla mnie niezmiernie ważny bo wiem co poprawić i wgl. Piszcie jakie popełniłam błędy ort. lub styl. :) POZDRAWIAM
PS: Wy też oglądaliście KSW 28? Bardzo to lubie. Zawsze sb wyobrażam pingwiny z ich wrogami xDDDDDD
Ok. Jest ju 00:55 więc czas spać i wymyśleć jutro drugą notkę :P .
PMDIW życzę
Nocna Łowczyni

00. Prolog: Śmiertelny powrót

Witam :D . To jest moje nowe opo o przygodach czterech, wysportowanych xD pingwinach, ktorzy podbili serca tysiecy dziewczyn :D . Bedzie ono bogatsze w opisy uczuc, przezyc, wewnetrznych, oraz opisow ogolnych. Mam nadzieje, ze bedzie sie ono Wam bardziej podobalo od poprzedniego niewydarzonego-jak juz wiele razy mowilam xD. Zapraszam do prologu. Tylko z gory przepraszam, ze bedzie bez PL znakow. Telefon na operze cos mi nie chce ich zrobic ;-; a modem od kompa zostal wyczerpany do cna…
ZAPRASZAM :D
Wpis ten dedykuje AlecMcPenguin (Olci) miłego rzygania tecza olciu :D
___________________________
Niebo bylo rozswietlone pelnia ksiezyca. Wiatr kolysal lysymi galeziami drzew. W malej chatce zbudowanej w glebi lasu z komina wydobywal sie dym. Jennifer siedziala przy kominku kolyszac dziecko na kolanach. John dorzucal drewno do ognia. Kobieta przygladala mezowi sie z usmiechem. Od teraz zaczynalo sie dla niej i jej rodziny nowe zycie pozbawione samotnych, pelnych, tesknoty dni i ciaglego strachu o meza. Rowniez John zaczal od nowa. Prace w terenie zamienil na papierkowa robote. Phill – jego przelozony nie byl zadowolony z decyzji swego najlepszego pracownika, ale usznowal ja. Rozumial, ze rodzina jest dla niego najwazniejsza john siedzial w biurze przez osiem godzin w ciagu dnia, oprocz weekendow. Pozniej spedzal mile wieczory wraz z zaona i dzieckiem. To wlasnie ich syn byl powodem wywrotu zycia rodziny Cruz’ow o sto osiemdziesiat stopni.
-Synku chcesz ciasteczko? – zapytal mezczyzna wchodzac do kuchni.
Bobas odpowiedzial radosnym, niemowlecym ,,gugu-gaga” john wyjal z szafki pudelko czekoladowych pieguskow i wylorzyl je na bialy talezyk.
-Prosze bardzo. – Uklakl przed Jennifer i podal synowi pieguska.
-A dla mamusi sie cos znajdzie? – zapytala z szelmowskim usmiechem.
-Hm… – potarl dol dziobu i rozejrzal sie na boki.
Stanal za fotelem i objal malzonke w ramionach.
-Moze byc cos slodkiego? – wyszeptal jej do ucha?
-Na to licze – zasmiala sie cihco.
John cmoknal ja w policzek i podal talerz z ciastkami. W tym samym momencie zadzwonil telefon. Mezczyzna podniosl sluchawke, w ktorej zabrzmial zdyszany glos Phill’a.
-John to ty? – zapytal goraczkowo.
-Tak – odparl.
Usmiech zniknal z jego twarzy. Jennifer zauwazyla to i sie zaniepokoila.
-Wiem, ze mialem cie wiecej o nic nie prosic, ale to bardzo wazne. Musisz natychmiast przyjechac do agencji. Zabierz zone i dziecko. Spiesz sie – jego ton glosu nie wrozyl nic dobrego.
-Ale co sie stalo? – serce walilo mu jak dzwon.
-Jedno slowo – na kilka, dlugich sekund zapadla pelna napiecia chwila. – Szpon.
Oczy Johna rozszerzyly sie. Sluchawka wypadla mu ze skrzydla.
-John? Kochanie?
Kobieta wziela syna na pletwy i podeszla do meza kladac mu skrzydlo na ramieniu.
-Wsiadaj do samochodu. Jedziemy do agencji – powiedzial beznamietnym tonem wpatrzony w przestrzen.
-Ale…
-Wsiadaj – podniosl nieco ton glosu.
Wybiegli na zewnatrz i wsiedli do zaparkowanego kilka metrow dalej srebrnego porsche produkowanych w agencji specjalnie dla zolnierzy i pracownikow.
-Moze mi powiesz co sie stalo? – zapytala gniewnie.
-Szpon – odpowiedzial robiac ostry zakret i wjezdzajac na ulice.
-Ale przeciez w tedy ty…
-Tak, ale jakims cudem zyje. Nasi go namierzyli jak byli na partolu powietrznym. Lecial w strone naszego domu. Phill zadzwonil zeby nas ostrzec i kazal przyjechac doo agencji – wyjasnil ani razu nie patrzac na Jennifer.
-Skąd on wiedział gdzie mieszkamy?
-Zielonego pojecia nie mam, ale jest inna rzecz, ktora ci sie raczej nie spodoba… – spojrzal jej w oczy.
Jennifer spojrzala przed siebie i westchnela.
-Musisz uczestniczyc w akcji, prawda?
-Eh… To pilna sprawa i potrzebuja zawodowcow.
-Wiem. A ty jestes najlepszy – usmiechnela sie mimo, iz chciala krzyczec i plakac.
John zatrzymal sie na chwile wjezdzajac wczesniej na pas trawy przy ulicy. Odwrocil sie do niej.
-Kocham cie.
Ujal jej twarz w dlonie i pocalowal namietnie. Jennifer przysunela sie do niego tak blisko, ze nie bylo zadnej przerwy miedzy ich cialami. Oplotla jego szyje skrzydlami. Calowali sie czule, namietnie… Tak jakby mial byc to ich ostati pocalunek. John przesunal pletwami po jej klatce piersiowej i zlaczyl je za jej plecami.
-Kocham cie – powtorzyl.
-Rowniez cie kocham moj komandosie – zamknela szkilste oczy i wtulila sie w jego tors.
Blekitnooki poglaskal ja po plecach i delikatnie odsunal od siebie. Musnal jej policzek skrzydlem i wcisnal pedal gazu. Ruszyli w dalsza droge.

Po kwadransie byli juz za granica Los Angeles. Weszli do lasu. John wystukal kod w pien drzewa. Dwa dlugie sygnaly, cztery krotkie, jeden dlugi, dwa krotkie. Drzewo wysunelo sie ku gorze. Wygladalo teraz jakby stalo na korzeniach. Weszli do srodka i zjechali kilka pieter w dol. Niemowle zasnelo podczas jazdy, wiec nie rozmawiali. Gdy dotarli na wlasciwe pietro winda zatrzymala sie. Drzwi sie rozsunely a za nimi stal sredniogo wzrostu, okolo czterdziestoletni pingwin z surowa twarza. Byl to Phill a za nim stalo kilkoro zolnierzy. Zaden nie mial na twarzy usmiechu. Jedynie przelozony podszedl do Jennifer i ja ucalowal. Potem usciskal John’a.
-Kiedy ruszamy? – zapytal z determinacja.
-Milo cie tu znow widziec – oznajmil jakby nie slyszal pytania. – Juz nie dlugo – odparl widzac posagowa mime John’a.
-Zaopiekujcie sie nimi- powiedzial z troska wskazujac na zone z dzieckiem.
Phill skinal glowa na dwie mlode pingwinice z krotkimi czarnymi wlosami, ktore z usmiechem zaprowadzily Jennifer do salonu, gdzie odpoczywali zolnierze po bitwach. John szedl z przywodca do zbrojowni aby przygotowac sie do starcia ze Szponem.
[UWAGA! XD Teraz ogarnęłam jak zrobić PL znaki na operze. Wybaczcie!!!!]
-Możesz mi powiedzieć co za ósmy cud świata sprawił, że Jack wciąż żyje? – zapytał wyciągając średniej wielkości szotgana z szafy.
-Sami się z tym głowimy John’ie – odparł drapiąc się po głowie.
-Ale? – czuł, że jego przełożony chce dodać coś jeszcze.
-Ale musimy brać pod uwagę jego chorą rządzę naukowca…
-Przecież nawet on nie jest takim idiotą żeby zrobić sobie coś takiego – zaprzeczył stanowczo.
-Tak, ale musimy brać pod uwagę wszystkie opcje
-Przecieć… zresztą – machnął skrzydłem. – dorwijmy go i raz na zawsze poślijmy do diabła – powiedział stanowczo; ze stalowymm głosem.
W tym czasie zaszumiała krótkofalówka, którą Phill trzymał przy pasie.
-Meldujemy, że Szpon znajduje się w naszej strefie powietrznej. Jest dokładnie trzynaście i cztery dziesiąte kilometra od naszej bazy. Odbiór.
-Idziemy do centrum dowodzenia. Bez odbioru.
Mężczyźni spojrzeli po sobie i pobiegli korytarzem na lewo.
§
Phill wcisnął pięciocyfrowy kod przy pancernych drzwiach. Usłyszeli dźwięk zwalniania blokady i weszli do środka. Przełożony natychmiast podszedł do radarów i wielkich monitorów, na których widniał krajobraz pobliskiego terene i nieba. Radary pipały ukazując jak blisko znajduje sie Szpon.
-Gdzie Jennifer? – zapytał John patrząc z napięciem na monitory i radary.
-W salonie – odparł patrząc na niego z ukosa.
-Dołączę do was. Zaraz wrócę – oznajmił i wybiegł.

Kilka minut później wszedł do salonu.
-Jenny! – zawołał.
Kobieta podbiegła do niego i oplotła jego szyję skrzydłami. John obiął ją w pasie. Czuł szybkie bicie jej serca.
-Kocham cię. Pamiętaj o tym Jenny.
-Ja też.
-Ta-ta.
Małżonkowie odwrócili się i zobaczyli jak ich syn drepcze ku rodzicom asekurowany przez dwie dziewczyny. John’owi poleciały łzy szczęścia. Uśmiechnął się i opadł na kolana łapiąc syna w ramiona. Uścisnął go mocno.
-Kocham cie syneczku. Zajmij się mamusią jak mnie nie będzie – uniósł go i oddał w ramiona żony.
-Muszę już iść mój aniele – położył skrzydła na jej ramionach i spuścił głowę.
-Wiem – uśmiechnęła się i wtuliła w jego tors.
John pogłaskał ją po włosach i delikatnie odsunął od siebie. Pogłaskał również syna po głowie.
-Do zobaczenia – musnął jej policzek i wybiegł.
§
Dziesięć minut później ponad setka żołnierzy ustawiona w czterech dwuszeregach stała w lesie i słuchała poleceń i rad Phill’a. Chwilę później rozproszyli się i skryli wśród koron drzew i stawie.
-Uwaga. Zająć pozycje – wyszeptał do krótkofalówki widząc Jack’a kontrastującego na tle księżyca.
Sekundę później Szpon wylądował. Szedł wolnym krokiem bacznie rozglądając się na boki. W śród ciemności widać jedynie było jego zielone oczy.
-Skoro ostrzegli mojego John’a to muszą tu gdzieś być – szeptał do siebie.
-Trzy… – szpnął do krótkofalówki Phill.
-Wiem, że gdzieś się czaicie.
-Dwa…
-Chodźcie do wuja Jack’a.
-Jeden…
-Mam dla was niespodziankę.
-Czas na obiad…
Żołnierze zaczęli bezszelestnie przeskakiwać z gałęzi na gałąź. Wychodzili ze stawu usmarowani błotem w celu zamaskowania. John zeskoczył z drzewa lądując za plecami Szpona. Jack usłyszał czyjąś obecność i delikatnie odwrócił się do tyłu.
Teraz stali na przeciwko siebie patrząc sobie w oczy. Zielone kontra złote. Powoli szli ku sobie.
-John? Czy to ty mój stary kopiący komandosie?
-Przekonaj się… dzióbku – uśmiechnął się drapieżnie mróżąc złote oczy.
-Ał! – syknął. – Nie ładnie śmiać się z czyjegoś nieszczęścia – udawał urażony ton.
-Zasłużyłeś – odparł tonem niewiniątka.
Stanęli na przeciw siebie. Sekundy mijały. Wiatr zawiał mocniej łamiąc jakąś gałązkę. Mężczyźni jakby nie widzieli nic poza swiom przeciwnikiem. Wiatr wiał coraz mocniej jakby ostrzegał przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Jack poruszył skrzydłem. John naprężył mięśnie niczym tygrys szykujący się do skoku. ,,Na co on czeka?”, pomyślał Cruz. W tym samym momencie Szpon wzniósł się ku górze. John odskoczył do tyłu a żołnierze rzucili na ptaka siatkę z ciężarkami. Komandosi otoczyli więźnia. Jack jedynie zaśmiał się jakby był szczęśliwy z tego powodu. Wyrzucił skrzydła w górę rozrywając siatkę na strzępy. Rzucił się na John’a z chorą rządzą psychopaty w oczach. Zaskoczony Cruz odskoczył w ostatniej chwili, ale Szpon zdążył zadrapać go dziobem na piersi. Była to powierzchowna rana, która nie krwawiła, lecz jedynie podciekła krwią. Żołnierze rzucili się na niego, ale ten wirując odepchnął ich skrzydłami i wzniósł się w niebo. John sięgnął po sztylet i rzucił go w jego stronę. Usłyszał wściekły krzyk bólu. Sekundę później sztylet spadł na ziemię z zielonym zakrwawionym okiem na czubku.
Mocno skonfundowani żołnierze wrócili do bazy. John od razu podbiegł do Jennifer.
-Co tak szybko? – Zapytała zdziwiona.
-Nie wiem, ale mam złe przeczucia – odparł ściągając w zadumie brwi. – Nieważne – uśmiechnął się. – Dobrze, że to było szybkie i obyło się bez ofiar – obięła go za szyję.
-Też się cieszę – jego dziób wykrzywił grymas bólu.
-Kochanie? – kobieta odsunęła się do tyłu.
W tym samym czasie komandos z przeraźliwym krzykiem opadł na kolana.
-John! – Uklękła rzy nim.
Niemowlę zaczęło płakać. Jennifer rozkazał dziewczynom aby poszły po pomoc. Jej mąż cały czas krzyczał zwijając się na podłodze z bólu.
Chwilę później do salonu wbiegł Phill wraz z kilkoma żołnierzami niosącymi apteczki i torby z lekami. Dwóch wysokich pingwinów przewróciło go na plecy. Na jego klatce piersiowej w miejscu rany zadanej mu przez Szpona widniało rozległe zaczerwienienie. Z nie groźnie wyglądającego zadrapania ściekały stóżki krwi. Mike – jeden z wysokich medyków wstrzyknął mu środek znieczulający nad raną. Po dwóch długich minutach środek zaczął uśnieżać ból, lecz krwawienie nie ustępowało. John na wpółprzytomny patrzał na żone, która ze łzami w oczach tuliła syna do piersi. Dobiegł ich przutłumiony dźwięk wystrzału. Wszyscy w pomieszczeniu zamarli.
-Idź sprawdź co się dzieje – rozkazał Phill jednemu ze stojących na straży średniego wzrostu pingwinowi o brązowych oczach.
Wrócił po kilku minutach, ale nie sam. Stała za nim wysoka pingwinka o lśniących złotych oczach z długimi, czarnymi, rozpuszczonymi piórkami na głowie. Miała diaboliczne spojrzenie i złowieszczy uśmiech. Do pleców pingwina miała przytkniętą lufę rewolwera. Nikt tego nie widział. Omiotła wzrokiem pomieszczenie i zatrzymała oczy na Jennifer.
-Przepraszam kim… – Phill nie dokończył.
Dziewczyna popchnęła swojego zakładnika do przodu i strzeliła. Prosto w… głowę Jenny.
-NIE!!! – krzyknął John próbując się podnieść, ale gdy tylko to zrobił jego rana rozszerzyła się rytm serca przyśpieszył. Nim się zorientowali co się stało dziewczyna zniknęła a oni leżeli martwi na podłodze. Ich syn przerywał ciszę płakaniem. Phill do niego podszedł.
-Chodź mały. Tutaj się tobą dobrze zajmiemy…
___________________
No jak się podoba początek nowego opka? A! I chciałam przeprosić za jeden(z kilku chyba xD) bład: napisałam na początku, że John ma błękitne oczy a potem złote. SORRY WIELKIE!!!! Tak serio to on ma złote. Wybaczcie mi :( . Co o tym myślicie? Jak opisy? Starałam się jak mogłam :) . Jak myślicie do jakiego gatunku ptaka jest Szpon? :> Co myślicie o… Na jaja mojej matki! Nbd się rozpisywać bo mi zaraz palce odpadną! A i Wam się chyba nie chce czytać pytań pod notką xD . Tak więc czekam na Wasze opinie :) . NN nie wiem kiedy bo muszę ją napisać :D ale postaram się jak najszybciej! Z góry mówię, że będzie Skilene :p . Nie mogłabym bez tego pisać hehe. Uh… To chyba na tyle. Czekam na komy :3
PMDIW wszystkim życzę
Nocna Łowczyni